KATEGORIE
- Books in English
- Książki dla dzieci
- Książki dla młodzieży
- Książki dla rodziców
- Do nauki języka angielskiego
- Audio
- Putumayo Kids
- Zabawki
- Pokój dziecięcy
- Kwartalniki, miesięczniki
- NA PREZENT
- Akcesoria dla dzieci
- Ubranka dla dzieci
- Akcesoria dla mam i tatusiów
Olivier i zeszyt z marzeniami
Chwilowo niedostępne
Olivier i zeszyt z marzeniami
Autor: Sally Nicholls
Tytuł oryginalny: Ways to Live Forever
Kategoria: Książki dla dzieci, Bohaterem-chłopiec, O przemijaniu, Trudne tematy, Edukacja emocjonalna, Książki dla młodzieży,
Wydawca: ZNAK
Wysyłamy w 1- 3 dni
ISBN: 978-83-240-0974-9
Liczba stron: 120
Oprawa: miękka
Data wydania: 2008
Wymiary: 125 x 205 mm
Olivier i zeszyt z marzeniami
Autor: Sally Nicholls
Tytuł oryginalny: Ways to Live Forever
Kategoria: Książki dla dzieci, Bohaterem-chłopiec, O przemijaniu, Trudne tematy, Edukacja emocjonalna, Książki dla młodzieży,
Wydawca: ZNAK
Wysyłamy w 1- 3 dni
ISBN: 978-83-240-0974-9
Liczba stron: 120
Oprawa: miękka
Data wydania: 2008
Wymiary: 125 x 205 mm
OPIS PRODUKTU
Bo marzyć znaczy żyć!Olivier ma jedenaście lat i uwielbia fakty. Chce wiedzieć wszystko o sterowcach, duchach, naukowcach i jak to jest, kiedy po raz pierwszy całuje się dziewczynę. Olivier ma też listę marzeń do spełnienia. Czy uda się je zrealizować choremu na białaczkę chłopcu?
Oto dziennik Oliviera, pełen marzeń i wiary, że można je spełnić. Historia na miarę Oskara i Pani Róży.
Piękne, wzruszające, mądre, pouczające, śmieszne - to mieszanina uczuć, jakie targają przy czytaniu tej książki. Olivier swoimi marzeniami wypierał lęk, zagłuszał ból, wypełniał pustkę.
Ewa Stolarska, Prezes Zarządu Fundacji Mam Marzenie
Kupując książkę, wspierasz Fundację Mam Marzenie.
fragment:
NAJMNIEJSZA JEDNORAZOWA DYSKOTEKA NA ŚWIECIE
13 stycznia
To był pomysł pani Willis, żebym zrobił listę rzeczy, których chcę dokonać.
- Czego chcesz dokonać. Albo po prostu, o czym marzysz.
Najlepiej, żeby dało się to zrealizować, ale niekoniecznie.
Jest mnóstwo rzeczy, które chciałbym zrobić, i bardzo podobało mi się spisywanie ich na kartce. Pani Willis też - oto, co napisała:
1. Pojechać do Wielkiego Kanionu.
2. Posprzątać na strychu.
3. Pracować w profesjonalnym laboratorium.
4. Nauczyć się piec bezy.
5. Wytresować swojego psa.
- Wytresować psa! - zawołał Feliks. - Co to w ogóle za marzenie?
- Nie znasz mojego psa - odparła pani Willis.
Lista Feliksa była bardzo krótka:
1. Być sławnym i bogatym.
2. Zbombardować wszystkich lekarzy.
3. Zobaczyć koncert Green Daya.
- Ale ty już byłeś na koncercie Green Daya - zaprotestowałem.
- Ze swoim bratem.
Feliks dopisał coś do swojej listy.
- Proszę bardzo - powiedział. - Zadowolony?
Teraz było napisane:
3. Zobaczyć koncert Green Daya JESZCZE RAZ.
To była fajna lekcja. Potem rysowaliśmy ludzi, którzy bombardują Green Daya ze sterowców, a na brzegu kartki duchy popijające piwo jeżdżą schodami ruchomymi.
Kiedy pani Willis już poszła, dalej siedzieliśmy z Feliksem przy stole i zacząłem wyciągać swoją armię Warhammera, bo chciałem, żebyśmy pograli. Feliks pochylił się nad moją listą i nasunął beret głęboko na oczy. Prawie cały czas chodzi w czapkach, bo przez lekarstwa, które kazali mu brać w zeszłym roku, wypadły mu wszystkie włosy. Moje też wypadły, ale odrosły, a jego nie. Teraz miał na głowie beret, który przypomina trochę zgnieciony melonik. Wyglądał w nim jak niedorobiony James Bond.
- Naprawdę planujesz zrobić to wszystko? - spytał.
- No nie wiem - odparłem. W tej chwili bardziej interesowało mnie rozmieszczenie armii. - Pewnie nie, a co?
- Bo chyba dalibyśmy radę? - Popatrzył na mnie zaczepnie, jakby czekał, że zacznę się kłócić. Przerzucałem figurki w pudełku, bo nie mogłem znaleźć drugiego łucznika.
- To nie są rzeczy do zrobienia tak naprawdę - wyjaśniłem.
- Takie bardziej... życzenia. Nierealne.
Feliks pochylił się do przodu. Uwielbia takie dyskusje.
- I co z tego? - zapytał. - Pani Willis pewnie kiedyś upiecze bezy, nie? To dlaczego my nie mielibyśmy oglądać horrorów? Mickey ma ich pełno w pokoju.
Przesunął listę w moim kierunku. Spojrzałem na nią.
- Moglibyśmy zrobić dwie rzeczy - powiedziałem. Uklęknąłem na krześle i pochyliłem się nad stołem, żeby mu pokazać.
- Popatrz. Moglibyśmy obejrzeć horrory i wejść na górę schodami jadącymi w dół. Może. Ale reszty nie damy rady.
- Możemy pobić rekord świata.
- Nie da się tak po prostu pobić rekordu.
Wstałem i przyniosłem swoją Księgę rekordów Guinnessa. Strasznie lubię rekordy, bo nie da się ich podważyć. Rekord świata we wskakiwaniu na kiju na sprężynie po schodach wieży telewizyjnej w Toronto wynosi pięćdziesiąt siedem minut i pięćdziesiąt jeden sekund*. Najdłuższe słowo w języku angielskim, w którym każda litera występuje co najmniej dwa razy, to unprosperousness. To prawdziwy fakt, bo tak napisano w książce, i jeśli ktoś umie go pobić, to po prostu wysyła list do ludzi od rekordów, a oni przysyłają eksperta, żeby sprawdził, i wtedy też jest się w książce, jako prawdziwy fakt. No, a poza tym zostaje się sławnym.
Feliks zabrał mi książkę i zaczął ją przeglądać, szukając jakiegoś łatwego rekordu.
- Największa ilość robaków zjedzona w ciągu trzydziestu sekund. Pobij ten!
Pamiętam ten rekord. Zajrzałem mu przez ramię.
- Ten facet zjadł dwieście robaków. W życiu nie zjem d w u s t u robali.
- Dwieście jeden - poprawił mnie Feliks, ale go zignorowałem.
Dalej przeglądał książkę.
- Najmniejsza dyskoteka na świecie. 2, 4 na 2, 4 na 1, 2 metra. To nie jest prawdziwy rekord! Ile lat ma ta książka?
- Dostałem ją na Boże Narodzenie.
Feliks potrząsnął głową.
- Każdy może zrobić dyskotekę. Co jest do tego potrzebne - muzyka?
- I stroboskopy... i maszyna do sztucznego dymu... - przeczytałem.
Feliks machnął ręką z lekceważeniem.
- To wszystko nie jest potrzebne. Po prostu wsadzimy odtwarzacz CD do twojej szafy.
- To nie będzie rekord!
- A niby czemu nie?
- Z mnóstwa powodów! - Nigdy nie udaje mi się wygrywać dyskusji z Feliksem. - Kluby są otwarte dla publiczności.
- My też jesteśmy. Tylko mamy kulawy dział promocji.
- Wyszczerzył zęby. - No, idź już, przynieś odtwarzacz. Nie chcesz pobić rekordu?
Skrzywiłem się, ale wstałem i poszedłem do kuchni po odtwarzacz CD. Kiedy wróciłem, Feliks zaglądał do szafy. Mój pokój urządzono w dawnym garażu, więc jest na parterze i całkiem duży. Stoi w nim komplet wielkich niebieskich ciężkich mebli i wisi mnóstwo plakatów: ze Spidermanem, z Układem Słonecznym, z filmu Władca Pierścieni i jeszcze jeden z wilkiem, który wujek przywiózł mi z Kanady.
- Masz tu jakiś kontakt? - spytał Feliks, kiedy wszedłem do pokoju. Trzymał w ręku latarkę i oświetlał wnętrze szafy.
- Odtwarzacz jest na baterie. - Postawiłem go w szafie i włączyłem. Zaczęło lecieć Don't Stop Me Now. Feliks jęknął, a ja się roześmiałem. - Nic dziwnego, że nikt nie przychodzi do naszego klubu!
- Kto by się tym martwił? - odparł Feliks. - Tylko popatrz. Mamy muzykę, mamy światła. - Zapalił latarkę i zaczął robić nią kółka. - Wow, - mamy nawet ruchomy parkiet do tańczenia.
- Oświetlił moją starą deskorolkę, która stała oparta o tylną ścianę szafy. - Rekord świata. Czego jeszcze potrzeba?
Roześmiałem się. Feliks zawsze mnie rozśmiesza.
- Słuchaj - powiedział - jeśli wciąż uważasz, że to się nie liczy, ustalimy swój własny rekord. Najmniejsza jednorazowa dyskoteka na świecie. Założę się, że nikt go jeszcze nie pobił...
- Tylko dlatego, że nikt nie próbował! Kto chciałby pobić taki rekord?
- A kto wspina się na wieżę telewizyjną na kiju na sprężynie? - odparł Feliks, który też zaczął się śmiać. - Kogo obchodzi, że jest idiotyczny? Rekord to rekord, nie?
- Nieprawda. Rekord to musi być coś niesamowitego!
Feliks popatrzył na mnie uważnie. Widziałem, że coś kombinuje.
- To żaden problem - powiedział po chwili.
To jest lista nowych (nieoficjalnych) rekordów, które wymyśliliśmy
z Feliksem, zanim przyszła jego mama:
1. Olivier McQueen i Feliks Stranger: najmniejsza jednorazowa dyskoteka na świecie Klub Wieszakowy.
2. Feliks Stranger: największa ilość płatków kukurydzianych zjedzona w ciągu piętnastu sekund - pięć garści.
3. Olivier McQueen: najszybsze wskakiwanie po schodach na piętro (trzymając się poręczy) - czterdzieści trzy sekundy.
4. Feliks Stranger: wyrecytowanie alfabetu od początku do końca, bez błędów, w ciągu trzydziestu sekund - dziewięć razy.
5. Zabronione (mama): najszybsze wskakiwanie po schodach na piętro (nie trzymając się poręczy).
* Ashrita Furman, 23 lipca 1999. Ashrita Furman pobiła ponad sześćdziesiąt
rekordów świata, w tym rekord ilości rekordów pobitych przez
jednego człowieka.
FRANCUSKI SZPIEG ALBO JAK POZNAŁEM FELIKSA
Pamiętacie, jak na samym początku mówiłem, że lubię zbierać różne opowieści? Najlepsze są prawdziwe historie, a ta jest właśnie taka, bo opowiada o tym, jak poznałem Feliksa.
Wydarzyło się to w zeszłym roku, kiedy leżałem w szpitalu aż przez sześć tygodni. Spotkałem go kilka dni po przyjęciu. Był już wieczór i na oddziale dziecięcym panował taki ponury nastrój jak zawsze, kiedy kończy się dzień. Leżałem w łóżku, a drzwi do sali były otwarte, żebym mógł wyglądać na korytarz. Nic ciekawego się nie działo. Większość odwiedzających poszła już do domu. Nie chciało mi się czytać ani grać na Gameboyu, ani oglądać telewizji, więc tylko leżałem i patrzyłem na zamazane światła odbijające się w podłodze, i byłem znudzony i zmęczony, i było jakoś tak ciężko. Aż nagle korytarzem przejechał chłopak na wózku.
Był bardzo chudy i trochę starszy ode mnie. Miał na sobie spodnie od dresu, czarny podkoszulek i czarny beret naciągnięty na jedno ucho. Wyglądał przez to trochę jak francuski szpieg albo członek francuskiego ruchu odporu z czasów drugiej wojny światowej.
Zachowywał się zresztą zupełnie jak szpieg. Dojechał do końca korytarza, gdzie była dyżurka pielęgniarek, a potem szybko wyjrzał za róg. Wycofał się z powrotem na mój korytarz i zrobił to samo. W końcu zdecydował chyba, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo, bo zniknął za rogiem. Ale zaraz potem wrócił w takim tempie, jakby goniła go cała brygada szpitalnych nazistów. Usiadłem na łóżku, spodziewając się, że ktoś pojawi się za nim, ale nikogo nie było.
Domyśliłem się, że to tylko taka gra, no bo wcale nie musiał jeździć tam i z powrotem tylko po to, żeby zobaczyć, co jest za rogiem korytarza. Wychyliłem się bardziej z łóżka, żeby sprawdzić, co teraz zrobi.
I wtedy obrócił się, i zauważył, że na niego patrzę.
Gapiliśmy się przez chwilę na siebie przez drzwi do mojej sali, a potem ściągnął beret i ukłonił mi się tak nisko, jak tylko mógł, siedząc na wózku. Wtedy zauważyłem, że nie ma włosów, i domyśliłem się, że też ma raka. Cały czas się na niego gapiłem, aż zorientowałem się, że czeka na moją reakcję, więc też ukłoniłem się z powagą. A potem szybko spojrzałem w górę, bo byłem ciekawy, co będzie dalej.
Przyłożył palec do ust, dając mi znać, żebym nic nie mówił. Kiwnąłem głową, a on odkiwnął i z powrotem naciągnął beret na głowę. Zasalutował dwoma palcami, jakby chciał powiedzieć „Na razie, towarzyszu” albo coś w tym stylu. A potem odwrócił się i ruszył z powrotem w kierunku dyżurki.
Siedziałem i czekałem, bo byłem pewien, że jeszcze tu wróci.
Minęło najwyżej pół minuty, kiedy znów się pojawił, wycofując wózek w szalonym tempie. Tyle że tym razem skierował się od razu do mojego pokoju i wjechał do środka. Po omacku szukał brzegu drzwi czubkami palców, a kiedy je złapał, zamachnął się z całej siły.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Usłyszeliśmy stukot czyjegoś łóżka jadącego korytarzem.
Siedzieliśmy tak, ja na łóżku, on na wózku, i gapiliśmy się na siebie bez słowa.
Speszyłem się, ale Feliks nie - on nigdy się nie peszy. W życiu nie przyszłoby mi do głowy wpadać tak do pokoju obcego chłopaka bez zaproszenia, a on nic sobie z tego nie robił.
- Uff - powiedział, a potem zdjął beret i wytarł sobie czoło.
Nie żeby był spocony - robił to tylko dla szpanu. Teraz,
kiedy siedział tak blisko, widziałem napis na jego podkoszulku:
„GREEN DAY amerykański idiota”, z rysunkiem białej ręki
ściskającej czerwone serce. Na rysunku było pełno malutkich
kresek od częstego prania.
- Czemu się ukrywasz? - spytałem.
- Wybieram się do sklepu - odpowiedział chłopak. Pogrzebał w kieszeni z materiału przyczepionej z boku wózka i wyjął z niej coś schowanego w dłoni, żeby żaden nazistowski spadochroniarz na korytarzu nie mógł zobaczyć, co to takiego. Była to paczka papierosów.
- Skąd je masz? - spytałem, nie mogąc oderwać wzroku od paczki.
- Z automatu w pubie mojego wujka - powiedział. - Tyle że właśnie się skończyły i muszę kupić nowe. - Delikatnie włożył pustą paczkę z powrotem do kieszeni. - Jeśli tylko uda mi się przemknąć obok nich niepostrzeżenie - machnął głową w kierunku dyżurki pielęgniarek - to może namówię kogoś na dole, żeby kupił mi paczkę fajek. No wiesz, powiem, że moim ostatnim życzeniem przed śmiercią jest zapalić papierosa.
Uśmiechnął się do mnie zaczepnie, jakby czekał, że zaprotestuję.
Od razu go polubiłem.
- Nikt na to nie pójdzie. Powinieneś raczej powiedzieć, że na górze umiera twój bardzo bogaty wujek, który wciąż nie wyznaczył spadkobiercy, i że to jego ostatnim życzeniem jest zapalić papierosa. Ludzie nie przejmują się, jeśli bogaci wujkowie umierają od palenia papierosów, ale przejmują się dziećmi.
Chłopak uniósł brwi.
- Można spróbować - stwierdził. - Idziesz ze mną?
Zawahałem się.
- Dlaczego boisz się pielęgniarek? - spytałem. - Przecież nie mogą zabronić ci iść do sklepu?
Chłopak postukał się po nosie z tajemniczą miną.
- Chcę zmylić trop - wyjaśnił. - Powiedzmy, że poczują w moim pokoju dym papierosowy. Jeśli myślą, że nie ruszałem się w ogóle z piętra, to nie mogą mnie oskarżyć o palenie, no nie? Bo skąd wziąłbym papierosy? Pomyślą, że to ktoś z odwiedzających albo jeszcze ktoś inny. Rozumiesz?
Rozumiałem, tak jakby. Szczerze mówiąc, wydawało mi się, że pielęgniarki będą dużo bardziej podejrzliwe, jeśli przyłapią go, jak próbuje się przekraść koło dyżurki, ale wiedziałem, że nie o to w tym wszystkim chodzi.
To była gra. Pielęgniarki to wróg, a my byliśmy żołnierzami ruchu oporu.
Nie było trudno przemknąć się koło dyżurki. W środku była tylko jedna pielęgniarka, której powiedziałem, że mały chłopiec w pokoju obok strasznie krzyczy. Co zresztą było prawdą.
Gdy tylko sobie poszła, Feliks zawołał: „Naprzód!”, i ruszyliśmy - najszybciej, jak się dało, korytarzem ku wolności.
Mieliśmy niezłą zabawę, próbując namówić różnych ludzi, żeby kupili Feliksowi fajki. Zaczęliśmy od historii o wujku, ale nikt nie chciał nam uwierzyć. A kiedy Feliks mówił, że niedługo umrze, ludzie byli zszokowani i odwracali głowy, więc musieliśmy wymyślić coś innego.
Powiedziałem jednej ładnej pani, która siedziała z dwójką małych dzieci, że moja siostra ma zaraz operację i że muszę kupić papierosy dla chirurga, żeby przestały trząść mu się ręce. Ale tylko się roześmiała i odparła, że w takim razie lepiej poszukać innego chirurga.
Feliks powiedział jednemu staruszkowi, że dokucza mu głód nikotynowy, co jest bardzo niebezpieczne przy ogólnym osłabieniu organizmu. Ale to był błąd, bo staruszek zaczął mu opowiadać, jakie on miał objawy, kiedy rzucił palenie. Feliks kiwał głową, jakby naprawdę interesowały go te nudy, a staruszek powtarzał: „Nie wierz w te wszystkie brednie. Mam dziewięćdziesiąt pięć lat. Dziewięćdziesiąt pięć!”.
Cały czas patrzyliśmy na siebie i ledwo powstrzymywaliśmy się od śmiechu.
Potem powiedziałem jakiemuś strasznie chudemu gościowi z brodą, że robimy zadanie do szkoły na temat, ile ludzi na oddziale onkologicznym zapali papierosa. Stwierdził, że lepiej będzie, jak użyjemy kwestionariusza.
W końcu Feliks powiedział jakiejś starszej dziewczynie, że jeden chłopak na oddziale zagroził, że nas pobije, jeśli nie kupimy mu papierosów. Chyba mu nie uwierzyła, ale i tak kupiła paczkę.
Od tej chwili jesteśmy z Feliksem przyjaciółmi.
RECENZJE
brak recenzji.
KOMENTARZE DO PRODUKTU
Aby dodać komentarz musisz być zalogowany.brak komentarzy.
PRZECHOWALNIA
...przechowalnia jest pusta
BESTSELLERY
NEWSLETTER
Nowości prosto na Twoją skrzynkę e-mail:







